🤒Powrót do formy wspinaczkowej po porodzie (Cz. 2) czyli rozliczenie z iluzji

Zdjęcie kobiety przy stanowisku wspinaczkowym w skałach

Miałam nadzieję, że ten artykuł będzie triumfalnym manifestem sukcesu. Chciałam napisać, że w drugim roku po porodzie powrót do formy wspinaczkowej stał się faktem, a ja z uśmiechem na ustach zamknęłam dawne projekty. Rzeczywistość napisała jednak własny, brutalny scenariusz. Choć pierwsze pół roku zwiastowało upragniony przełom, kolejne miesiące okazały się najtrudniejszą lekcją pokory, jaką kiedykolwiek dało mi wspinanie i własne ciało.

Wspinanie uczy nas, że nie każdy ruch kończy się topem. Czasem najgłębsza mądrość płynie z odpadnięcia, z porażki, którą trzeba przeanalizować z chłodnym umysłem analityka. Zapraszam Was na szczere do bólu rozliczenie z planów, które zderzyły się z murem, jakiego nie przewidziałam.

Euforia kontrolowana, czyli świetny start i zawody Easy Riders

Początek 2025 roku napawał optymizmem. W ciągu pierwszego półrocza spełniłam wszystkie wyzwania i cele, które opisałam w artykule „5 moich największych treningowych wyzwań i planów na 2025 rok”. Zaczęłam ćwiczyć regularnie, wzmocniłam mięśnie brzucha i postawiłam na sporo wspinania – ile tylko się dało. Czułam, że odzyskuję bazę. Aby pójść krok dalej i przełamać rutynę, zdecydowałam się na indywidualny trening wspinaczkowy online z Tomaszem Przewoźnikiem.

Moje subiektywne odczucia podczas ćwiczeń bywały różne – momentami wydawało mi się, że idzie mi tak sobie. Jednak liczby i powtarzalność nie kłamały. Z każdym tygodniem, w miarę jak zwiększaliśmy objętość treningową, czułam, że moja wytrzymałość i ogólna kondycja rosną. Skupiliśmy się na żmudnej pracy objętościowej, odbudowując to, co zniknęło po ciąży.

Egzaminem generalnym miały być kwietniowe zawody Easy Riders na krakowskiej ściance Cube. Nie za bardzo lubię zawody boulderowe i generalnie nie lubię boulderingu. Tym samym wyszłam ze swojej strefy komfortu tak jak planowałam to na 2025 rok – patrz wpis. Pojechałam na te zawody z nastawieniem na test i dobrą zabawę, zakładając, że jeśli zrobię połowę boulderów, uznam ten start za udany. Wynik przeszedł moje oczekiwania: pokonałam ponad połowę przystawek i zapisałam na konto dodatkowe 3 zony! Poczułam niesamowitą satysfakcję i wiarę, że wspinanie po porodzie na poziomie, który mnie satysfakcjonuje, jest na wyciągnięcie ręki. Cenę za ten zryw zapłaciłam jednak natychmiast – przez kolejny tydzień dosłownie umierałam z wycieńczenia. Za sukces trzeba zapłacić!

Wspinanie na zawodach Easy Riders

Majowe słońce i wspinanie w skałach

W ferworze walki po zawodach płynnie weszłam w sezon wspinania w skałach. Pierwsze wiosenne wyjazdy w podkrakowskie dolinki przyniosły spore zaskoczenie. Skała zawsze weryfikuje brutalnie, i choć lekko nie było, to drogi w przedziale V oraz VI pokonywałam bez większych problemów. Odwiedziłam między innymi kamieniołom Mydlniki oraz Leśną Skałę w Dolinie Szklarki. Kto zna te rejony, ten wie, że potrafią wymusić nienaganną technikę i dobrą pracę nóg.

W maju poczułam jednak głębokie, nawarstwiające się zmęczenie. Balansowanie między wychowaniem syna, pracą a reżimem treningowym zaczęło mnie przytłaczać. Podjęłam decyzję o odpuszczeniu regularnej współpracy z Tomkiem. Uznałam, że potrzebuję mentalnej i fizycznej przerwy od narzuconej struktury. Nie zrezygnowałam ze sportu całkowicie – kontynuowałam lżejsze ćwiczenia w domu, czasem meldując się na panelu. Myślałam, że to chwilowe łapanie oddechu przed letnio-jesiennym uderzeniem. Nie wiedziałam, że czerwiec zatrzaśnie te drzwi na bardzo długo.

wspinanie w kamieniołomie Mydlniki w Krakowie
Wspinanie w kamieniołomie Mydlniki w Krakowie

Problemy zdrowotne pokrzyżowały moje plany wspinaczkowe

W czerwcu 2025 roku zaczęłam chorować. Gdy piszę te słowa – w czerwcu 2026 roku – ten stan wciąż trwa. Ostatnie dwanaście miesięcy to u mnie pasmo nieustającej walki z własnym układem odpornościowym, który po prostu przestał działać.

Dramat osiągnął punkt kulminacyjny w czerwcu i potem powtórzył się w październiku, gdy dwukrotnie trafiałam do szpitala z diagnozą ostrego zapalenia nagłośni. To choroba bezpośrednio zagrażająca życiu, wymagająca agresywnego, inwazyjnego leczenia farmakologicznego. Ceną za uratowanie zdrowia (i w sumie też życia, bo brak leczenia kończy się uduszeniem pacjenta) była całkowita demolka mojej odporności. Stałam się bezbronna wobec jakichkolwiek patogenów. Tylko między czerwcem a grudniem 2025 roku byłam chora aż 12 razy! Każdy katar syna w żłobku kończył się u mnie ciężkim przeziębieniem, dziwaczną infekcją wirusową lub bakteryjną. O jakiejkolwiek regeneracji czy budowaniu formy mogłam w tym czasie po prostu zapomnieć… Co prawda w okresie letnim udało mi się pojechać 3 razy w skały, ale moja forma była wtedy naprawdę na poziomie naprawdę znikomym.

Jesienią, gdy na moment poczułam się lepiej, podjęłam desperacką próbę powrotu do treningu. W październiku i listopadzie zapisałam się na regularną sekcję wspinaczkową. Szło mi nie za dobrze, ciało stawiało opór, ale walczyłam o każdy ruch. Ta krótka ucieczka w normalność skończyła się na początku grudnia. Podczas jednej z sesji boulderingowych skontuzjowałam się na haczeniu pietą – zerwałam mięśnie w okolicy kulszowo-goleniowej. Ta kontuzja wspinaczkowa całkowicie wykluczyła mnie z jakiejkolwiek aktywności do końca roku.

Kumulacja i kapitulacja

Nie chcę, żeby ten tekst brzmiał jak litania skarg i zażaleń. Jako introwertyczka wolę analizować fakty, niż szukać współczucia. Fakty są jednak bezwzględne. Od feralnego grudnia 2025 roku nie wspinam się i nie ćwiczę wcale. Próby powrotu do zdrowia przypominają syzyfową pracę. Każdy krok w przód kończy się infekcją, a osłabiony organizm sypie się jak domek z kart.

Do zerwanego mięśnia dołączył cały wachlarz powikłań: przewlekłe i dotkliwe bóle palców, nawracający ból w odcinku lędźwiowym kręgosłupa i zespół pasma biodrowo-piszczelowego (ITBS), skutecznie uniemożliwiający nawet dłuższe spacery.

Skomplikowana diagnostyka medyczna stała się moją codziennością. Droga ta jest pełna ślepych zaułków i pułapek, choć na ten moment najgorsze scenariusze – w tym choroby nowotworowe – zostały wykluczone. Ciało po prostu wywiesiło białą flagę, domagając się bezwzględnego resetu.

Pobyt w szpitalu

Lekcja pokory, czyli czego nie powie Ci żaden poradnik

Przez 15 lat wspinania wydawało mi się, że o powrotach do formy wiem wszystko. Doświadczenie sportowe wyniesione z dawnych lat nauczyło mnie dyscypliny. Myślałam, że z odpowiednim planem, dietą i uporem można przełamać każdą barierę. Dzisiaj wiem, jak bardzo byłam w błędzie.

Oto moje najważniejsze wnioski z tego trudnego roku:

  1. Planowanie powrotu do formy to iluzja. Możesz mieć rozpisany idealny mikrocykl treningowy, najlepszego trenera i suplementację, ale jeśli Twoje zdrowie odmówi posłuszeństwa, plan staje się bezwartościowym kawałkiem papieru.

  2. Zdrowie nie zależy wyłącznie od Twojej woli. Istnieje szereg czynników systemowych i biologicznych, nad którymi nie masz absolutnie żadnej kontroli. Ignorowanie sygnałów ostrzegawczych i próby „przeorania” zmęczenia zawsze kończą się katastrofą.
  3. Akceptacja braku kontroli to też element treningu mentalnego. Czasem największym wyzwaniem nie jest zrobienie trudnego ruchu na projekcie, ale odpuszczenie i pozwolenie sobie na bycie słabym przez jakiś czas.

Drugi rok po porodzie całkowicie zrewidował moje podejście do celów sportowych. Wspinanie zeszło na dalszy plan, ustępując miejsca walce o powrót do elementarnej sprawności dnia codziennego. Czy wrócę w skały? Mam nadzieję, że tak, bo miłość do ruchu wspinaczkowego jest we mnie zbyt głęboka. Ale tym razem to nie ja będę dyktować warunki – zrobię to w pełnym porozumieniu z własnym organizmem.

A jak wyglądają Wasze doświadczenia z powrotami po długich przerwach zdrowotnych? Czy musieliście kiedyś przewartościować swoje sportowe cele z powodu spraw niezależnych od Was? Chętnie przeczytam Wasze historie tutaj komentarzach.

Inne wpisy

Magda

W sumie ten wpis powinnam była przygotować na początku roku i ładnie się wszystkim pochwalić, że „oto mój wspaniały plan postanowień na Nowy Rok”. Tak by było w idealnym świecie, ale moim …

Magda

Zawsze sobie wyobrażałam, że powrót do formy sportowej po porodzie, to nie jest nic trudnego ani szczególnie wymagającego. W końcu ma się do dyspozycji 12 miesięcy urlopu macierzyńskiego, podczas którego się …

Udostępnij

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *